logo Recenzja gry Lifeline | Pan Puchacz | Technologia, Muzyka & Publicystyka

Recenzja gry Lifeline




Lifeline to gra tekstowa osadzona w kosmosie. Zaraz zaraz, co? tekstowe? Czy to nie będzie za nudne? No właśnie nie! Co prawda jest to rozrywka, która bardziej przypomina czytanie książki niż wystrzeliwanie ptaszków czy innych pingwinków z procy, ale może przysporzyć nawet więcej fanu.

Zacznijmy od tego co widzimy na samym początku - interfejsu. Przez cały okres rozgrywki dużo się nie zmieni. Cały czas będziemy patrzeć na ten sam ekran kosmicznego komunikatora, który jest przyjemny dla oka i ma swój klimat. Doceniamy.


No właśnie,  Twój telefon będzie komunikatorem, który łapie sygnał od chłopaczyny Taylora, który znalazł się na odległym księżycu. Sam. On opowiada Ci co robi w czasie rzeczywistym, a Ty masz dwie opcje do wyboru. Do bólu proste, szalenie wciągające. 

Tej gry nie przejdziesz za jednym dłuższym posiedzeniem, właśnie dzięki temu, że gra jest w czasie rzeczywistym. Gdy Taylor pójdzie spać musi minąć kilka godzin zanim się odezwie. Nie znaczy to, że musisz zaglądać co chwilę, żeby przekonać się czy nasz bohatyr już wstał, gra zrobi to za nas, przez powiadomienie. Co ciekawe decyzje można podejmować z  poziomu właśnie powiadomień. 

No dobra, a kiedy kończy się gra? To zależy. Od Ciebie! Jedna zła decyzja i koniec. Nie ma tu wielkiego napisu GAME OVER. Zakończeń jest wiele. 
Jeśli zginiesz po raz pierwszy nie musisz się martwić, że znowu zaczynasz od początku. Odblokuje Ci się tryb przewijania, który wyłącza czas rzeczywisty i pozwala szybko dojść do momentu podjęcia chybionej decyzji. 

Powinienem powiedzieć coś o fabule, ale nie chcę zdradzić za dużo faktów, bo może to popsuć komuś rozgrywkę. Akcja rozwija się powoli, ale nuży. Trafionym zabiegiem jest to, że gramy po prostu przeprowadzając rozmowę. Sprawia to, że zaczynami się bardziej przejmować życiem naszego koleżki, a gdy owe straci szybko się cofamy, żeby naprawić błąd. Sam Taylor jest sympatycznym gościem, który zachowuje poczucie humoru nawet w dupnej sytuacji.      

Jest tylko jedna przeszkoda, która może uniemożliwić Ci czerpanie maksimum przyjemności z tej produkcji. Język. Jeśli nie znasz angielskiego, na jakimś tam poziomie to obawiam się, że będziesz mieć problemy. Oczywiście, są słowniki translatory i inne pomoce naukowe, ale to może zabrać całą ekscytację gdy dzieje się coś niepokojącego, bo Tayler w zależności od sytuacji pisze wolniej lub szybciej, co dodaje realizmu.

Pssst. Jeszcze jedna sprawa, teraz jest wielki SALE! i Lifeline kupisz taniej ^^. Tak, ta gra nie jest darmowa.


Share on Google Plus

About Pan Puchacz

Fanatyk wszystkiego co myśli binarnie. Nałogowy słuchacz muzyki, któy musi dzielić się prawie wszystkim co mu wpadnie do głowy

    Blogger Comment
    Facebook Comment